piątek, 16 kwietnia 2010

W takie dni jak te...

... przekonujemy się jak kruche jest ludzkie życie. 
Nikt nie pozostaje obojętny.
Przechodzą nas ciarki, a do oczu napływają łzy.
Jak ważna jest każda sekunda i ile może ona zmienić. 
Ludzie doceniają ludzi dopiero gdy ich nie ma.
Nie warto odkładać ważnych rzeczy na potem.
Tego potem może przecież nie być.


Myśli spływają do głowy.
Rodzą się same i rosną, mnożą się raptownie.
Jest ich tak wiele, że brak słów aby je wyrazić.
Czy da się ubrać w słowa smutek, żal, przerażenie czy ból...

I znów pytanie, czy wszystko w życiu ma sens...
Pozostaje tylko modlitwa.
POKÓJ ICH DUSZOM.


Polecam artykuł Szymona Hołowni, który ostatnio przeczytałam i z którym się zgadzam. Sama na pewno nie wyraziłabym swoich myśli lepiej, mimo że takie właśnie myśli w głowie mam. Oto link: http://www.redakcja.newsweek.pl/Tekst/Polityka-Polska/536057,Jest-mi-wstyd.html

niedziela, 4 kwietnia 2010

Sara obudziła się dziś z uczuciem zażenowania. Musiało śnić jej się coś dziwnego. Leżała przez chwilę na łóżku i wpatrując się w irytującą plamkę na ścianie, która została na niej po zabiciu komara, próbowała przypomnieć sobie swój sen. Jednak jedyne co sobie przypomniała, to fakt, że wieczorem nie mogła zasnąć bo męczyły ją myśli... Myślała o swoim perfekcjonizmie, który tak bardzo utrudniał jej życie. Nawet plamka na ścianie potrafi ją frustrować. Sara wie, że jej życie nie jest idealne. Jest świadoma swoich wad aż za bardzo. Nie umie zaakceptować żadnej swojej pomyłki, każdy błąd rozpamiętuje godzinami, a nawet dniami (właściwie nocami) i miesiącami. Nie umie sobie powiedzieć po prostu: "Mam to gdzieś". Martwi się za siebie i za innych. Kiedy każdy już śpi ona wyrzuca sobie, że podczas np. jakiejś prezentacji zrobiła błąd językowy, który na pewno każdy zauważył... Mimo, że wie że na ogół ludzie są normalni i nie przywiązują wagi do takich spraw. Ona nie umie tej wagi nie przywiązywać. Będzie leżeć sama w tym równiuteńko zasłanym łóżeczku, nakryta tą świeżo wypraną pościelą i się dobijać. O dżizaz.

poniedziałek, 8 marca 2010

O wszystkim i o niczym


Są dwa miejsca, do których Sara chodzi gdy jest jej źle. Pierwszym z nich jest pusty kościół, drugim biblioteka. Ponieważ jakiś czas temu straciła umiejętność modlenia się, teraz  do kościoła chodzi żeby pomyśleć, albo po to żeby przestać myśleć. Po prostu usiąść na zimnej ławce, spojrzeć na sufit pokryty freskami i zapomnieć, że tuż za otaczającymi murami jest ten okrutny, brudny, zagoniony świat. Czasami myśli coś do Pana Boga i pyta go o różne rzeczy. Nigdy nie udało jej się usłyszeć wyraźniej odpowiedzi. Podobno Bóg nie daje nam takich odpowiedzi jakie chcemy usłyszeć, ale takie jakich potrzebujemy. Więc pewnie i jej nie pomija i odpowiada szeptem, tylko Sara nie umie go słuchać.  
Sara chce wierzyć w Boga, bo czasami to on jest jedyną osobą na którą może liczyć. Jednak to wszystko nie jest takie proste.
Do biblioteki Sara chodzi, bo lubi zapach starych książek i szelest kartek. Siada w zacisznym kąciku i czytając przenosi się do innego świata. Choć na chwilę.

Uwielbia spać. Zawsze pragniemy tego, czego nie mamy, a że Sara po pierwsze ma problemy z zasypianiem, po drugie mało czasu na sen,  bardzo docenia każdą chwilę w której uda jej się śnić. Jej sny są dziwne, sama ich nie rozumie. Ale są też piękne, więc Sara wierzy że stanowią  dla niej rekompensatę rzeczywistości.

15 minut. Dokładnie tyle Sara zupełnie przypadkiem spędziła dziś w towarzystwie R.
7 - dokładnie tyle razy R. powiedział "yhm". (Sara tego nie cierpi. Cóż to w ogóle za słowo.)
10 - mniej więcej tyle zdań powiedział R.
100 - mniej więcej tyle zdań wypowiedziała Sara, żeby nie dopuścić do krępującej ciszy.
No cóż panie R... Nie umiemy ze sobą milczeć, a gdyby nie mój bełkot robilibyśmy to cały czas.

piątek, 19 lutego 2010

Myśli nieprzemyślane.

Chciałam wreszcie napisać na tym blogu coś naprawdę optymistycznego. I tak już od jakiegoś czasu czekam aż wydarzy się coś takiego, co zainspiruje mnie do 'myśli pozytywnych'. Starałam się bardzo. Nie wyszło. 

Ten blog ma być miejscem, gdzie niczego nie udaję, gdzie zapisuję swoje myśli bez upiększeń, ubarwień. Ma być inny niż codzienne życie, w którym w gruncie rzeczy uśmiecham się często, bo łatwiej powiedzieć ludziom, że wszystko jest w porządku i uśmiechnąć się, niż opowiedzieć wszystko, co doprowadza mnie do łez. Choć ostatnio płaczę rzadko. Właściwie to wcale nie płaczę. Doszłam do wniosku, że już nie umiem. Może tak właśnie ma być, że wypłacze się cały zapas łez jaki przysługuje przeciętnemu człowiekowi i później już traci się tą umiejętność. Umiejętność, jakby na to nie spojrzeć, bardzo ważną, gdyż wraz z łzami wypływają z nas zbędne emocje. Skoro więc ja już nie płaczę, to wszystkie te emocje są we mnie, co oznaczać może tylko tyle, że kiedyś wybuchną. I znając życie wybuchną pewnie w najmniej odpowiednim momencie. Ale cóż tak bywa. A ja do wypłakania się zmusić nie umiem. Nie pomaga odpowiednia (zdawałoby się) muzyka, nie pomagają wzruszające filmy ani książki. Nie umiem płakać i już.


Najszczęśliwszym okresem w moim życiu było dzieciństwo. Chciałam być wtedy tajnym agentem, który może wszystko. Myślałam, że Piotruś Pan, to pan Piotruś i zastanawiało mnie dlatego ktoś przestawił kolejność wyrazów w tytule tej bajki. Ale przyjęłam do wiadomości, że tak ma być i już. Dziwiło mnie, że na lekarstwach jest napisane, że są "wydawane z przepisu lekarza" i myślałam, że jak będę już tym tajnym agentem, to na pewno dostanę książkę kucharską z przepisami na wszystkie leki i będę mogła wszystkich wyleczyć. Myślałam też, że od całowania i przytulania można zajść w ciążę i bałam się, że po Wigilii czy urodzinach urodzę dziecko, bo wtedy jak wiadomo wszyscy się przytulają i całują. To były czasy. Dzisiaj wydaje mi się, że już nic mnie w życiu nie zdziwi, a i tak co jakiś czas życie zaskakuje. Niestety zazwyczaj w niezbyt miły sposób.


H. Poświatowska

Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły
odeszła

Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi
nie wróciła

Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję

środa, 27 stycznia 2010

Myśli znalezione.





"Przy nadpalonych mostach. Gdzieś między wierszami.
Na skrzyżowaniu słów. Niewypowiedzianych."

 

"Bo Eljot miał być jak antrakt między pierwszym a drugim aktem opery. Ja wtedy piję najlepszego szampana, jakiego mają w barze. Jeśli mnie na to nie stać, to zostaję w domu i słucham płyt. On miał być jak ten szampan. Tylko na przerwę. Miał uderzyć do głowy. Miał smakować i miał wywołać ten rausz na następny akt. Aby muzyka była jeszcze piękniejsza.
Eljot był taki. Jak najlepszy i najdroższy w barze szampan. Oszołomił mnie. Potem miała być jeszcze druga przerwa. A potem koncert miał się skończyć, i szampan też. Ale tak nie było. Po raz pierwszy w życiu z całej opery najlepiej zapamiętałam przerwę między pierwszym i drugim aktem. Ta przerwa tak naprawdę nigdy się nie skończyła. Zdałam sobie z tego sprawę dzisiaj rano w tym klubie. Głównie dzięki zmysłom wyostrzonym czwartym dniem głodówki i czwartej szklance guinnessa."

























"opowiedziałabym ci o nim wszystko, ale wtedy ty także byś się w nim zakochała".

"nie było Cię tak długo, że przestałam liczyć dni".

"za oknem -5, piszę Twoje imię na pokrytej szronem szybie, dzisiaj nie lubię wszystkiego"




"Może kiedyś powiem Ci jakie lubię wino."


"Nadchodzi niezręczny moment wahania: jaki pocałunek wymienić na powitanie."



"I dlaczego mimo wszystko komplikuję sobie życie,
Czemu skrywam wciąż przed Tobą, coś co pragnę Ci wykrzyczeć…"



"dlaczego wspomnień nie można się pozbyć tak szybko jak brudu? powinni wymyślić vanish - różową siłę do plam na psychice."


"Może za kilka lat miniemy się na chodniku, a nawet nie będziemy wiedzieć, że to My, a może będzie tak, że się do siebie uśmiechniemy, spojrzymy na siebie ze zdziwieniem i po chwili pójdziemy dalej, jakby nic się nigdy nie stało. Może być też tak, że wpadniemy w sobie w ramiona i odnajdziemy gdzieś to szczęście, którego szukamy. Może będziemy sobie obojętni. Może nie będzie już któregoś z nas. Może zapomnimy. Może będziemy mieć się cały czas w głowach. Chęć odnalezienia pozostanie w nas gdzieś. Może być tak, że poznamy się na nowo kiedyś, gdzieś i pokochamy. Może.."
 

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Myśli sesyjne.

18:51

Dziesiąte podejście do książek...   

Statut spółki komandytowo-akcyjnej powinien zawierać: firmę i siedzibę spółki, przedmiot działalności spółki, czas trwania spółki... Ciekawe co on teraz robi... oznaczenie wkładów wnoszonych przez każdego komplementariusza oraz ich wartość... Po co o nim myślę.. Skup się! Skup! wysokość kapitału zakładowego, sposób jego zebrania, wartość nominalną akcji i ich liczbę ze wskazaniem, czy akcje są imienne, czy na okaziciela Może on teraz też ma sesję... liczbę akcji poszczególnych rodzajów i związane z nimi uprawnienia, jeżeli mają być wprowadzone akcje różnych rodzajów... Musze posprzątać... akcje różnych rodzajów... nazwiska i imiona albo firmy komplementariuszy oraz ich siedziby, adresy albo adresy do doręczeń... A może do niego napiszę... organizację walnego zgromadzenia i rady nadzorczej, jeżeli ustawa lub statut przewiduje ustanowienie rady nadzorczej... A może on napisze... Ech..








Podobno dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Ale rzeka przecież cały czas płynie, a woda w niej się zmienia. Właściwie to ja nigdy do żadnej rzeki nie weszłam. Raz byłam blisko. Ale skończyło się na tym, że przeszłam nad nią wąską i chwiejną kładką, prawie z niej spadając... i to w czasie burzy, gdy poziom jej wód niebezpiecznie wezbrał, a jej kropelki zmoczyły moją twarz do złudzenia przypominając łzy...

  

czwartek, 7 stycznia 2010

Myśli noworoczne.




Rok 2009 skończył się 7 dni temu. W sumie nawet tego nie zauważyłam. Był to zły rok. Rok łez, niedopowiedzeń, smutku i wielu nieszczęść. Kiedyś nadejście nowego roku, oznaczało dla mnie robienie postanowień. Był to zawsze jakiś przełom, który trwał tylko chwilę, a później i tak wszystko okazywało się jedynie szarą rzeczywistością, postanowienia były zbyt doskonałe, żeby je spełnić. Kiedyś zawsze na początku roku czytałam horoskopy i wierzyłam, że się spełnią. Teraz, żyjąc już parę dobrych lat, zauważyłam, że wszystkie horoskopy na każdy następny rok brzmią dla mnie tak samo: drobne problemy, z którymi sobie poradzisz w pierwszej połowie roku, wielka miłość w drugiej...
Chciałabym, żeby nowy rok wnosił w moje życie coś więcej niż tylko zmianę daty. Postanowień już nie robię, bo wiem że żadne przysięgi typu, że nie będę jeść po nocach, będę uprawiać jogging i zdrowo się odżywiać i tak nie mają szansy na spełnienie, bo moje życie jest zbyt szybkie, zbyt nerwowe, zbyt niepoukładane. Właściwie, to moje zachowanie jest kierowane tym co w psychoanalizie nazywa się fetyszystycznym wyparciem: "Je sais, mais quand meme" (Wiem, ale mimo wszystko). Nawet jeśli znam katastrofalne skutki swojego zachowania (czy myślenia) już zanim coś zrobię, to i tak to robię, a potem żałuję. Nie umiem dotrzymywać obietnic, które sama sobie składam. Nie umiem skierować swoich myśli na takie tory, które prowadziłyby być może do szczęścia. Wjeżdżam nimi w tunele, w których światełko prawie zawsze okazuje się tylko pociągiem pędzącym wprost na mnie. Jestem uzależniona od pewnych myśli. Chciałabym, żeby ktoś tak po prostu wszedł do mojej głowy i je stamtąd zabrał. Na zawsze.